Wszystko zaczęło się w sumie dość niewinnie. W kwietniu powoli zaczynało być coraz gorzej. Czułam, że jestem ciągle zestresowana, rozkojarzona i tak mi smutniej. No ale przecież ciężko czuć się inaczej, kiedy ma się na karku praktyki w największej firmie w mieście, egzaminy, zaliczenie roku, przyjaciółkę w szpitalu. Nie raz już byłam w takich sytuacjach, i w sumie gdy dni się w miarę uspokajały, mój stan wracał do normy. Może ta "norma" nie jest tak całkiem normalna, ale się żyło. Ale w lipcu zorientowałam się, że jest gorzej. Jest naprawdę gorzej. Dziś mamy wrzesień i "gorzej" zmieniło się w "prze chujowo". Czuje się przede wszystkim strasznie zmęczona, cały czas. Większość rzeczy robię dużo wolniej. Wolniej chodzę, wolniej poruszam rękoma. Tylko czasami kiedy dostaję "powera" przez maksymalnie godzinę, nie mogę usiedzieć. Muszę coś robić. Nie mogę nawet na chwilę usiąść. Chodzę po domu i tylko szukam, co posprzątać, co zmienić. I jeb! Nagle wpadam w kolejną gęstą, lepką ciecz, zwaną zmęczeniem. Mój sen coraz częściej się całkiem rozstraja. Nie mogę w ogóle spać przez 2-4 dni, a potem śpię bez opamiętania. Przez ostatni miesiąc pierwszy raz, naprawdę pierwszy - zasnęłam w dzień. Po prostu się położyłam i spałam. Nie mogę wytrzymać w tłumie. Z 18-stki kuzyna uciekłam z prędkością światła. I tak spędziłam ją na płakaniu po kątach. Przed wychodzeniem do szkoły, na praktyki zdarza mi się zwyczajnie popłakać. Nigdy nie czułam się dobrze wśród obcych, teraz po prostu nie wytrzymuję. Zasypiam tam na stojąco, zbiera mi się na płacz, w ogóle nie dociera do mnie to, co mówią inni. Ciągle proszę wszystkich, by powtórzyli swoje słowa. Działam mechanicznie. Po prostu w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie mam pojęcia, kiedy wyciągnęłam z plecaka piórnik i zeszyty. I to zwykle nie na ten przedmiot. Wszystko dociera do mnie jakby za jakieś ściany. Przykładam ucho do niej i marszczę brwi, ale prawie w ogóle nie rozumiem, co krzyczą do mnie zza niej. Cały czas jestem w stanie "zaraz się popłaczę" ale mało kiedy udaje mi się rozpłakać. Dawniej mogłam wręcz na zawołanie. A teraz coraz mniej i mniej... jakby łzy mi wysychały. Pochłania mnie poczucie kompletnej bezwartościowości i chujowości. Czuje się jak taki karaluch, umorusany gównem. Czuje się najgorszą córką/przyjaciółką, siostrą/koleżanką/uczniem/bytem. Mogłabym wyliczać swoje wady w nieskończoność. Czuje się taka... zła. Nawet nie umiem tego określić. Po prostu boje się każdego kroku który robię. Wydaje mi się, że wszystko co uczyniłam i co dopiero zrobię, jest złe. Ponad to, nie mogę znieść odbicia, które widzę w lustrzę. Na początku przy robieniu makijażu/myciu zębów zdarzało mi się popłakać. Teraz jedynie czuje ochotę by rozbić lustro. Roztrzaskać i kawałkami szkła naznaczyć całe to "ciało" do którego czuje tak ogromną nienawiść. Zdarzyło mi się pociąć kilkakrotnie, przestałam panować nad odruchem drapania, nadal nie wygoiły się rany po przypalaniu. I kusi mnie, bardzo mnie kusi. Chciałabym sobie zrobić taką większą krzywdę. Tak bardzo mnie ciągnie do tego, by kupić żyletki i spróbować zrobić sobie chociaż jedną "wyrwę", rozłażącą się na pół centymetra ranę. O Boże... kusi. To jak oglądanie ulubionego tortu przez szybę. Można się poślinić, ale można też wejść i sprawować choć kawałek... albo kupić cały. No i co do jedzenia... przez ostatnie 2-3 tygodnie zrzuciłam około 4 kg. Nie miałam apetytu od dłuższego czasu, jadłam tylko kolację ale byłam pewna, że to przez upały. Teraz mam co do tego wątpliwości. Zaczęłam wręcz nienawidzić jedzenie. Od tygodnia czuje coraz większe wyrzuty sumienia, przy jedzeniu. Wręcz słyszę jak odbijają mi się w głowie słowa "jedz więcej świnio, jedz na zdrowie ty gruba kurwo!". Wstydzę się coraz bardziej jeść przy innych. Od soboty prawie całkiem przestałam jeść. Nie mogę znieść wyrzutów sumienia, poczucia chujowości i słabości. Dawniej posiłki potrafiły mi sprawiać przyjemność. Byłam bardzo w jedzeniu wybredna, ale gdy coś mi smakowało, czerpałam z tego mnóstwo przyjemności. Teraz nie mogę na nic patrzeć. Nie wiem jakim cudem przez te 2-3 dni udało mi się oszukać rodzinę i nie jeść. Niby wiem, że głodzenie się to nie rozwiązanie ale jakość te argumenty umierają... no bo mam przecież nadwagę! Nadwagę! Nikt nie bierze na poważnie głodzenia się grubej osoby. Myślę, że to dlatego, że to nic złego. przy mojej wadze to normalne, wręcz pożądane. Co innego osoby z anoreksją, wagą prawidłową, niedowagą... ale w moim przypadku? Nie, naprawdę wydaje mi się, że to nie jest powód do zmartwień i dobrze robię. Podsumowując - przestałam panować nad nienawiścią do siebie. Czuje się przytłoczona, duszę się jakbym była pod wodą. Panika, że zostanę sama, że nic mi siew życiu nie uda nie daje mi spokoju. Myśli kłębią się, szydzą... nie wiem co zrobić. Po prostu nie wiem. Najchętniej, bym po prostu zasnęła, na wieki...
Myślałam od wczoraj nad tym, co jeszcze mogłabym Ci powiedzieć, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy... po prostu pamiętaj, że nie jesteś sama, zawsze są obok osoby, które chętnie Ci pomogą i myślę, że od czwartku będziesz już stała na pewniejszym gruncie i będzie się powoli wszystko klarowało...
OdpowiedzUsuń