Postanowiłam znów tu napisać, bo to daje pewien magiczny efekt. Kiedy zaczynam jestem przeraźliwie smutna i nieszczęśliwa. Zapadnięta, pochylona, płacze i muszę się mocno zmotywować, aby coś napisać. Ale jakoś tak to się magicznie kończy, że jestem wściekła. Bardzo wściekła. Mam ochotę wszystkim rzucać, bić, tłuc, krzyczeć, rozwalać. Zionę agresją i jadem. W tedy wchodzę w GTA czy cokolwiek i biegam, zabijam, wyzywam będących tam komputerowych ludzi, ludzi wokół mnie i samą siebie. Do rzeczy, bo już mi się poprawia (ale czy nazwać to można poprawą?).Jakoś tak to jest zrobione, że nigdy nie ma cały czas źle ani cały czas dobrze. Zawsze jest źle a potem dobrze. No albo dobrze i nagle chujowo. Poniedziałek był okropny. Był wf, na którym dwie dziewczyny z innej klasy bezczelnie mnie obgadywały NA GŁOS i jeszcze pokazywały palcem. Było mi przede wszystkim wstyd. Moje poczucie wartości spadło jeszcze niżej, o ile to w ogóle możliwe. Na dobitkę jednak kazali nam grać w drużynach i znowu stałam jak kołek bo było nas nieparzyście i nawet Dźasta była dobrana, a ja nie. Nienawidzę tych sytuacji. Mam ochotę pozabijać te suki z mojej klasy, mam ochotę rozszarpać gardło Gackowi, która mnie zawsze w tedy zostawi. Zawsze. No i moje ego spada jeszcze niżej. Stałam jak idiota, aż w końcu wfista mnie gdzieś tam wcisnął na siłę. Stałam na głowie, byle by tylko jakoś to było. Żeby zagrać dobrze i pokazać, że jestem jednak czegoś warta. Więc ostatnim dobiciem (na wf oczywiście, potem było tylko gorzej) był fakt, że byłam z dobrymi dziewczynami w drużynie i one miały kompletnie na mnie wyjebane. Zdałam sobie sprawę, że nie ważne czy stoję pod samym koszem sama a reszta jest obławiania. One i tak mi tej pieprzonej piłki nie podadzą. Tak więc stanęłam na uboczu i oddałam się smutkowi i poniżeniu. Następny był niemiecki i jak na złość poszłam do odpowiedzi, dostałam 2 bo się jąkałam z trzech powodów:
1. Co prawda w miarę to umiałam, ale i tak ze szwabskiego jestem cienka i obawiam się ocen.
2. Byłam na forum klasy, mówiłam do nauczycielki. Boję się tego, boją się mówić, odpowiadać publicznie.
3. Po wf byłam w takim stanie, w jakim jest papier toaletowy, którym sobie ktoś podetrze dupę a następnie wrzuci do kibla i spłuka.
No i jeszcze mi dała 1 za zeszyt. Tak, ze wszystkich pytanych osób tylko mi sprawdziła. Na koniec dnia pokłóciłam się z mamą i dowiedziałam się, że do końca listopada mam pierdolony internet z limitem.
Skłamała bym, mówiąc, że dziś był dużo lepiej. Nie było.
Od piątku prześladowała mnie myśl, że muszę iść na grupę terapeutyczną.
Jestem hipokrytą, bo chce jednego ale boję się po to sięgnąć. Nie chciałam życia w domu. Izolując się od wszystkich ludzi. Nie potrafiłam nawet udawać, że jestem miła, sprawiać jakieś dobre wrażenie. Dlatego nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie podrywa, nikt do mnie nie piszę, nikt nie zagaduje i nie wspomina. Bo oni sięgają w moją stronę a ja ich odpędzam od siebie kijem, bo boję się ich odrzucenia. Ich kpin, że mnie wyśmieją, poniżą, obrażą, albo sprawią, że będę szczęśliwa i na końcu porzucą. I to mnie męczyło, bo czułam się jak osoba wepchnięta do głębokiej, ciemnej wody. Czułam jak od innych ludzi odgradza mnie bariera. Nie chcę takiego życia, a jednak, nie potrafię z nim walczyć. Zaczęłam chodzić na psychoterapie a tam, zostałam namówiona do pójście na grupę terapeutyczną. I poszłam. Poszłam z różnymi obawami, myślami, wyobrażeniami. I było gorzej, niż sądziłam.
Spotkałam tam dawne znajome, których miałam nadzieję już nigdy na oczy nie oglądać. O ile jeszcze najstarszą P. i I. lubię, tak obecność Zośki (tak, po imieniu, niech wie) doprowadza mnie do szału. M. za pierwszym razem też i dogadałam jej na temat prostytucji, ale już mi przeszło, polubiłam ją nawet. Co nie zmienia jednego faktu. Szłam tam z myślą, że mam czystą kartę. Że będące tam osoby będą podobne do mnie. A tak nie jest. Oni mnie znają, nie chce aby one słyszały co mnie dręczy. Nie chce, żeby na mnie patrzyły i mnie słuchały. Nie chce tam być. Znowu mam ochotę uciec do domu, tak samo jak kiedyś z LARPu. Wymyślić jakąś bzdurę i pognać do pokoju, w którym będę płakać przez następne trzy dni. Czy dziś było lepiej? Nie potrafię tego określić. Mam okropnie mieszane uczucia. No niby byłam tam, jako-tako się otwarłam i powiedziałam, że nie umiem się otworzyć ( X_x ). I słuchałam ich, ze dwa razy chyba się nawet odezwałam a tak to wpieprzałam Nutelle łyżką. A z drugiej strony... kazano mi wymyślić jakieś moje zalety. Nie potrafię ich wymyślić, bo ich zwyczajnie nie mam (ego -20). Musiałam wyjść wcześniej i już nie wiem nic na temat jakiegoś maratonu i mam wrażenie, że zostałam z tego wykluczona (+10 do samotności). I to ciążące mi na barkach poczucie, że zostałam tam opuszczona. Że Jigo się tam podoba, będzie tam chodzić pewnie beze mnie (nie wiem czy dam radę to ciągnąc), będzie się z nimi świetnie bawiła i już jakiś etap uczestniczenia w jej życiu zostanie przekreślony. Czuje się, że zostałam już porzucona i pozostawiona. Że na tej pieprzonej grupie nie jestem nikomu do szczęścia potrzebna.Nie potrafię się tam odnaleźć i mnie też nikt nie szuka. Znowu to samo wrażenie. Jestem, ale mnie nie ma. Pomiędzy nami jest mur. Frustracja miesza się z rozżaleniem. Najpewniej istotny etap w moim życiu też zostanie porzucony i raz na zawsze zamknę się w swojej skorupie samotności.
I coś mi dzisiaj magia nie wyszła, jest w sumie jeszcze gorzej.

Mam nadzieję, że mówiłaś prawdę i już Ci jest lepiej, ale chciałabym, żebyś wiedziała, że Cię nie porzucę. Ba, chyba nawet boję się tego, że ja zostanę porzucona prawie tak mocno jak Ty (borderline się kłania). Kocham Cię bardzo mocno i jesteś ważną osobą w moim życiu, jedną z najważniejszych, i chcę, żebyś wiedziała, że dla mnie jesteś wspaniała, cudowna i niezastąpiona, i mam nadzieję, że to się dla Ciebie liczy :)
OdpowiedzUsuńOczywiście, że to się dla nie liczy! Wręcz jest to dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy. Dziękuję Ci za te słowa a Ciebie bym nigdy nie okłamała :3
Usuń